W kinie, na kanapie, przed telewizorem

Archiwum

Kategorie

Reklama

Milość i inne nieszczęścia

48Po obejrzeniu „Dziewczyn z wyższych sfer” długo czekałam na kolejny lekki, ale przyjemny film z Brittany Murphy. „Miłość i inne nieszczęścia” wówczas wydawała mi się idealną propozycję. Okazało się jednak, że bardzo się zawiodłam. Zresztą, jak to zwykle bywa, gdy stawiam takim filmom zbyt wygórowane wymagania. Sama Brittany nie była zresztą aż taka zła, jednak film jako całość nie prezentuje się zbyt dobrze. Fabuła przypomina nam nieco akcję znaną z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, z tym że tu mamy do czynienia z popularnym miesięcznikiem Voque. Grana przez Britanny Jacks bardzo szybko wspina się po szczeblach karier w luksusowym magazynie o modzie. Poza tym całkiem nieźle idzie jej wcielanie się w rolę swatki. Kiedy jednak sama musi stanąć oko w oko z miłością, okazuje się, iż nie wszystko będzie tak proste. Najbardziej w tym filmie irytuje mnie fakt, który obserwuję w większości nowszych produkcji zagranicznych. Czy rzeczywiście w każdej komedii romantycznej muszą pojawiać się geje? „Miłość na zamówienie” z jednej strony jest przeciętną komedią romantyczną, z drugiej natomiast opowiada o problemie, z którym być może spotkała się niejedna osoba. Film jest bowiem opowieścią o facecie po trzydziestce, który wciąż mieszka z rodzicami. Nie trudno zrozumieć jego decyzję. W końcu miejscówka w przytulnym domku mamusi wiąże się z pysznym domowym jedzeniem na czas, zrobionym praniem, wyprasowanymi koszulami i brakiem brudnych naczyń w zlewie. Jednak rodzice Trippa mają już dość swojego synka i postanawiają postawić wszystko na jedną kartę. Pragnął, by mężczyzna jak najszybciej się usamodzielnił. Z tego względu wynajmują uroczą Paulę, kobietę mogłoby wydawać się idealną. Jej zadanie jest bardzo proste, ma zrobić wszystko, by zmobilizować Trippa do wyprowadzki. Jak to jednak w filmach tego typu bywa, okazuje się, iż Paula i Tripp zakochują się w sobie. Komedia w sama sobie jest całkiem niezła. Nie jestem jednak zbyt wielką fanką Sarah Jessicy Parker, dlatego do tej produkcji podeszłam raczej sceptycznie. O filmie „Tylko mnie kochaj” można powiedzieć wszystko, jednak nie to, że nie zrobił furory w polskich kinach. O jego popularności najlepiej świadczą liczny. Na film wybrało się bowiem 1,8 miliona widzów. Czy jednak rzeczywiście Polska produkcja zasłużyła na taką frekwencję? Bez wątpienia daleko jej do hollywoodzkich pierwowzorów, jednak w gruncie rzeczy przy pierwszym oglądaniu można przymknąć oka na kilka niedociągnięć i nieco mało wiarygodną fabułę. W końcu to film, a w filmie może zdarzyć się wszystko, prawda? Ku zaskoczeniu wielu, prawdziwą gwiazdą filmu nie jest jednak nazywany polskim Bradem Pitterm, Maciej Zakościelny, a mała Julka Kamińska, wcielająca się w rolę Michaliny. Momentami było dość zabawnie. W gruncie rzeczy jak na polskie realia film nie był wcale taki zły. Co prawda, być może niektórzy zbyt wiele się po nim spodziewali, jednak w swoim gatunki film jest całkiem znośny. Nieco irytująca, jak na mój gust, jest jedynie Agnieszka Grochowska, która wydaje się być nieco zbyt apatyczną.