W kinie, na kanapie, przed telewizorem

Archiwum

Kategorie

Reklama

Japońskie horrory

45Japonia ma do zaoferowania coś więcej niż „Krąg” czy „Klątwę”. Obecnie mówić można o swoistego rodzaju modzie na japońskie kino grozy, ale ilość pozycji pojawiających się na rynku światowym to jedynie kilka procent filmów, które ma do zaoferowania Kraj Kwitnącej Wiśni. Na uwagę zasługują takie pozycje, jak na przykład „Ame no machi”, „Klub samobójców”, „Nieodebrane połączenie”, „Spirala” czy „Marebito”. Są wśród nich historie o niespokojnych duchach, krwawe opowieści o zemście zza grobu, mrożące w żyłach historie psychopatycznych morderców czy jakże charakterystyczne dla japońskiego kina opowieści niezwykłe, często abstrakcyjne i pozbawione sensu, ale jednocześnie wciągające i przerażające (na przykład „Spirala” aka „Uzumaki”). Należy tylko pamiętać, że Japończycy operują dość niezwykłym klimatem i specyficzną symboliką, w wielu przypadkach dany film staje się zrozumiały dopiero po drugim czy trzecim obejrzeniu. Nie podlega jednak dyskusji fakt, że są zdecydowanymi mistrzami klimatu grozy oraz straszenia widzów samą sugestią niezwykłych wydarzeń. Ciekawe połączenie pięknych obrazów z krwawymi historiami. Jednym z niewielu znanych koreańskich horrorów jest „Opowieść o dwóch siostrach” – niepokojąca historia choroby psychicznej, nawiedzonego domu i gwałtowniej nienawiści, które mocno splatają się ze sobą. Film stanowi doskonały przykład koreańskiej stylistyki: długie ujęcia, niepokojąca muzyka, malownicze wnętrza i swoista oszczędność w gestach. Widz czuje podświadomie, że dzieje się coś złego, ale jego przeczucia zostają potwierdzone dopiero w spektakularnym finale, kiedy wszystkie szczegóły układają się w mniej lub bardziej logiczną całość. Na podobnej zasadzie zbudowany jest film „Into the mirror”, który wykorzystuje historię mściwego ducha uwięzionego w lustrach – jego amerykańska wersja „Lustra”, chociaż równie widowiskowa, zdecydowanie kuleje jeżeli chodzi o subtelność atmosfery. Z koreańskich produkcji na szczególną uwagę zasługują również „Czerwone pantofelki” i „Wiolonczela” – niezbite dowody na to, że w kinie azjatyckim wszystko może być opętane przez duchy i naznaczone klątwą. Jak straszyć kiczem i hektolitrami krwi. Prawdopodobnie jedynym tytułem tajskim kojarzonym przez przeciętnego widza jest „Shutter – Widmo” (ze względu na wersję amerykańską, niestety gorszą i mniej klimatyczną) i z żalem trzeba przyznać, że jest to jedna z niewielu tajskich produkcji, która nie epatuje kiczem oraz litrami krwi. „Shutter” stylistyką przypomina bardziej produkcje japońskie i koreańskie, często bywa zresztą przyporządkowywany do kina japońskiego ze względu na tematykę i sposób sportretowania duchów. Na drugim końcu skali znajdują się natomiast filmy takie jak „Nekromanta” czy „Sick Nurses”, produkcje kiczowate, krwawe, niskobudżetowe i po prostu głupie. Na ich tle obiecująco wygląda jedynie „Trumna”, chociaż w dużej mierze równie kiczowata, ale uratowana przez intrygujący pomysł i znośne wykonanie. Jednak patrząc na kino tajskie jako całość, jest to zdecydowanie coś dla miłośników tanich efektów specjalnych i powinno być traktowane bardziej jako ciekawostka niż wartościowy wkład w azjatycką kinematografię grozy.